W 2021 roku świat nauki wstrzymał oddech, gdy amerykański startup biotechnologiczny Colossal Biosciences ogłosił swój bezprecedensowy plan. Cel był równie fascynujący, co kontrowersyjny: przywrócenie do życia mamuta włochatego. To, co przez dekady pozostawało wyłącznie domeną hollywoodzkich scenarzystów i popkulturowego fenomenu „Parku Jurajskiego”, nagle zyskało solidne podstawy naukowe oraz, co równie ważne, wielomilionowe finansowanie. Dziedzina nazywana deekstynkcją (od angielskiego de-extinction) przestała być mrzonką, a stała się jednym z najbardziej gorących tematów współczesnej genetyki, ekologii i bioetyki.
Od fantastyki naukowej do laboratorium genetycznego
Pionierem i główną twarzą tego rewolucyjnego ruchu jest profesor George Church, wybitny genetyk z Uniwersytetu Harvarda. To on jako jeden z pierwszych zauważył, że dynamiczny rozwój narzędzi do edycji genów, w szczególności słynnych „genetycznych nożyc” CRISPR-Cas9, otwiera przed ludzkością zupełnie nowe drzwi. Nie chodzi już tylko o leczenie chorób dziedzicznych czy modyfikowanie upraw, ale o dosłowne cofanie czasu w przyrodzie. Warto jednak zaznaczyć, że proces ten nie polega na klasycznym klonowaniu, jak miało to miejsce w przypadku owcy Dolly.
W przypadku gatunków wymarłych tysiące lat temu, takich jak mamuty, znalezienie nienaruszonego, kompletnego łańcucha DNA jest fizycznie niemożliwe. Cząsteczki kwasu deoksyrybonukleinowego z czasem ulegają degradacji, nawet jeśli zwierzę zamarzło w syberyjskiej wiecznej zmarzlinie. Zamiast tego naukowcy stosują zaawansowaną inżynierię wsteczną, przypominającą układanie gigantycznych puzzli, w których brakuje wielu elementów.
Jak właściwie „wskrzesza się” gatunek?
Badacze biorą genom najbliższego żyjącego krewnego – w przypadku mamuta jest to słoń indyjski – i punkt po punkcie edytują go, wprowadzając geny odpowiedzialne za cechy przystosowawcze do zimna. Mowa tu o grubej warstwie tkanki tłuszczowej, gęstej sierści, mniejszych uszach zapobiegających utracie ciepła czy specyficznej hemoglobinie, która pozwalała krwi krążyć w ujemnych temperaturach. Efektem końcowym nie będzie więc stuprocentowy, czysty genetycznie mamut, ale raczej słoń arktyczny – hybryda stworzona po to, by pełnić określoną rolę w ekosystemie.
Mamut włochaty jako strażnik wiecznej zmarzliny
Dlaczego właściwie mielibyśmy chcieć powrotu gigantycznych trąbowców na syberyjskie i północnoamerykańskie stepy? Odpowiedź kryje się w dramatycznie postępujących zmianach klimatycznych. Tysiące lat temu, w epoce plejstocenu, ogromne stada roślinożerców utrzymywały w ryzach tzw. step mamuci. Zwierzęta te, przemierzając rozległe tereny, tratowały śnieg, co pozwalało mroźnemu powietrzu przenikać w głąb gleby i utrzymywać wieczną zmarzlinę w stabilnym stanie. Dodatkowo, wyrywając drzewa i krzewy, robiły miejsce dla traw, które znacznie lepiej odbijają promienie słoneczne niż ciemne lasy iglaste.
Obecnie wieczna zmarzlina topnieje w zastraszającym tempie, uwalniając do atmosfery gigantyczne ilości metanu i dwutlenku węgla. Gazy te są tykającą bombą klimatyczną, która może drastycznie przyspieszyć globalne ocieplenie. Rosyjscy naukowcy, Siergiej i Nikita Zimovowie, od lat prowadzą na Syberii projekt o nazwie Park Plejstoceński. Udowadniają w nim, że przywrócenie dużych roślinożerców na te tereny realnie obniża temperaturę gruntu. Brakuje im jednak kluczowego inżyniera tego ekosystemu – mamuta. Właśnie dlatego firmy biotechnologiczne uważają, że deekstynkcja to nie tylko naukowy popis, ale wręcz narzędzie ratunkowe dla naszej planety.
Tygrys tasmański i dodo. Próba odkupienia ludzkich grzechów
O ile powrót mamuta ma silne uzasadnienie klimatyczne, o tyle inne projekty deekstynkcyjne uderzają w zupełnie inne tony – moralne i historyczne. Colossal Biosciences nie poprzestaje na trąbowcach. Na ich celowniku znalazł się również wilkowór tasmański, znany szerzej jako tygrys tasmański, oraz słynny nielotny ptak dodo. Oba te gatunki łączy jeden tragiczny mianownik: zostały doszczętnie wytępione przez człowieka w stosunkowo niedalekiej przeszłości.
Ostatni znany tygrys tasmański zmarł w zoo w Hobart w 1936 roku, a dodo zniknął z powierzchni Ziemi w XVII wieku, padając ofiarą żeglarzy i sprowadzonych przez nich drapieżników. Wielu entuzjastów wskrzeszania gatunków uważa, że mamy moralny obowiązek naprawić błędy naszych przodków. Skoro to nasza ekspansja, bezmyślne polowania i niszczenie siedlisk doprowadziły do zagłady tych unikalnych stworzeń, to nasza rozwijająca się technologia powinna je teraz przywrócić.
W przypadku tygrysa tasmańskiego proces wydaje się nieco prostszy niż u mamuta. Zachowało się wiele doskonałej jakości próbek tkanek w muzeach, a najbliższy żyjący krewny – grubogonik – stanowi dobrą bazę genetyczną. Z kolei w przypadku dodo naukowcy zsekwencjonowali już jego pełny genom i planują wykorzystać gołębia nikobarskiego jako gatunek zastępczy. Dodatkowo, ekosystem Tasmanii wciąż istnieje i gwałtownie potrzebuje swojego dawnego drapieżnika szczytowego, by przywrócić naturalną równowagę zaburzoną przez inwazyjne gatunki.
Etyczne pole minowe, czyli dlaczego naukowcy biją na alarm
Mimo ogromnego entuzjazmu części środowiska naukowego i opinii publicznej, perspektywa wskrzeszania wymarłych zwierząt budzi ogromne, w pełni uzasadnione kontrowersje. Krytycy, wśród których znajduje się wielu wybitnych biologów ewolucyjnych i ekologów, zadają fundamentalne pytanie: czy zabawa w Boga na pewno wyjdzie nam na dobre? Główne obawy dotyczą nie samej technologii, ale tego, co stanie się ze zwierzętami po opuszczeniu sterylnych laboratoriów.
„Deekstynkcja to fascynujący problem inżynieryjny, ale fatalna strategia ochrony przyrody. Wydajemy setki milionów dolarów na przywrócenie duchów przeszłości, podczas gdy na naszych oczach wymierają tysiące współczesnych gatunków” – to argument, który najczęściej pojawia się w debacie publicznej ze strony zaniepokojonych ekologów.
Zwolennicy tradycyjnej ochrony przyrody słusznie zauważają, że fundusze pompowane w startupy biotechnologiczne mogłyby uratować przed zagładą nosorożce sumatrzańskie, pantery śnieżne czy niezliczone gatunki płazów. Istnieje realne ryzyko, że fascynacja deekstynkcją odwróci uwagę decydentów i opinii publicznej od bieżącego kryzysu bioróżnorodności. Powstaje złudne poczucie bezpieczeństwa: po co chronić siedliska i walczyć z kłusownictwem, skoro w przyszłości będziemy mogli po prostu „wydrukować” wymarłe zwierzęta w laboratorium?
Syndrom sieroctwa i utracona kultura
Kolejnym, niezwykle ważnym aspektem jest behawioryzm i dobrostan wskrzeszonych zwierząt. Słonie, do których rodziny należały mamuty, to stworzenia o niezwykle skomplikowanej strukturze społecznej. Posiadają własną kulturę, przekazują sobie wiedzę z pokolenia na pokolenie, uczą się szlaków migracyjnych i sposobów poszukiwania pożywienia. Nawet jeśli uda nam się stworzyć biologicznego mamuta, kto nauczy go, jak być mamutem?
Pierwsze osobniki urodzą się w sztucznych macicach lub zostaną wyrodzone przez słonice indyjskie. Będą genetycznymi sierotami w obcym świecie. Brak stada, brak wzorców zachowań i całkowite uzależnienie od człowieka w początkowej fazie życia rodzi ogromne dylematy natury etycznej. Niektórzy badacze obawiają się, że stworzymy po prostu bardzo drogie eksponaty do nowoczesnych ogrodów zoologicznych, a nie dzikie zwierzęta zdolne do samodzielnego przetrwania na syberyjskich mrozach.
Gdzie zamieszkają zmartwychwstałe zwierzęta?
Nawet jeśli pokonamy bariery technologiczne i etyczne, pozostaje brutalna proza życia: kwestia siedlisk. Świat zmienił się drastycznie od czasu, gdy po Ziemi stąpały mamuty czy dodo. Ekosystemy, do których te zwierzęta były przystosowane, uległy transformacji, a w wielu przypadkach zostały całkowicie zniszczone lub zagospodarowane przez człowieka. Wprowadzenie nowego, dużego gatunku do współczesnego środowiska to klasyczny przykład igrania z ogniem.
W biologii istnieje pojęcie gatunku inwazyjnego. Choć mamut czy tygrys tasmański były kiedyś częścią naturalnego krajobrazu, dziś ich powrót mógłby wywołać nieprzewidziane reakcje łańcuchowe. Jak współczesna flora i fauna zareaguje na pojawienie się gigantycznych roślinożerców? Czy tygrys tasmański nie zacznie polować na zwierzęta gospodarskie, wywołując wściekłość lokalnych farmerów, co przecież było główną przyczyną jego pierwotnej zagłady? To pytania, na które ekolodzy wciąż nie mają jednoznacznych odpowiedzi. Wymagane będą lata badań w zamkniętych, kontrolowanych rezerwatach, zanim jakiekolwiek wskrzeszone zwierzę zostanie wypuszczone na wolność.
Miliardy dolarów i patenty, czyli biznesowe drugie dno
Nie można rozmawiać o deekstynkcji, ignorując jej aspekt finansowy i komercyjny. Firmy takie jak Colossal Biosciences przyciągają inwestorów z Doliny Krzemowej, w tym znane nazwiska ze świata technologii i rozrywki. Dlaczego fundusze wysokiego ryzyka ładują setki milionów dolarów w projekt, który z założenia nie przyniesie szybkich zysków ze sprzedaży biletów na safari z mamutami? Prawdziwa wartość tego przedsięwzięcia kryje się zupełnie gdzie indziej.
Proces wskrzeszania wymarłych gatunków wymaga opracowania zupełnie nowych, rewolucyjnych technologii z zakresu inżynierii genetycznej, rozwoju sztucznych macic (tzw. ektogenezy), sekwencjonowania DNA i bioinformatyki. To właśnie patenty na te innowacyjne narzędzia są prawdziwym Świętym Graalem. Technologie opracowane przy okazji prób przywrócenia mamuta mogą w przyszłości zrewolucjonizować ludzką medycynę, pomóc w leczeniu chorób genetycznych, przedłużyć ludzkie życie czy zwiększyć odporność zwierząt hodowlanych na wirusy. Mamut jest w tym kontekście doskonałym, medialnym nośnikiem, który przyciąga uwagę i kapitał, podczas gdy prawdziwy, lukratywny biznes toczy się w tle.
Przyszłość, która nadeszła wczoraj
Perspektywy wskrzeszenia wymarłych gatunków zwierząt przestały być domeną literatury science fiction. Żyjemy w epoce, w której granice biologii są nieustannie przesuwane, a to, co wczoraj wydawało się niemożliwe, dziś staje się przedmiotem standardowych grantów badawczych. Niezależnie od tego, czy pierwszy „mamutosłoń” urodzi się za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat, sama próba jego stworzenia już teraz nieodwracalnie zmienia nasze podejście do genetyki i ochrony środowiska.
Stoimy przed fascynującym, ale i nieco przerażającym wyzwaniem. Narzędzia, które stworzyliśmy, dają nam władzę, jakiej ludzkość nigdy wcześniej nie posiadała. Możemy odwrócić bieg ewolucji, naprawić niektóre z naszych najcięższych grzechów ekologicznych, ale możemy też stworzyć problemy, których skali nie potrafimy dziś nawet przewidzieć. Jedno jest pewne: debata o deekstynkcji to już nie jest dyskusja o tym, czy to zrobimy, ale kiedy i jakimi kosztami. I to właśnie my, jako społeczeństwo, będziemy musieli ponieść konsekwencje tych decyzji, patrząc w oczy stworzeniom, które wyrwaliśmy z objęć nicości.


